niedziela, 4 czerwca 2017

Wisła w czerwcu

Lu­bię pisać o niczym. To je­dyna rzecz, na której się znam. 

Wisła w szacie czerwca

Wisła o świcie? W czerwcu? W sobotę? To noc stracona dla snu. Trzeba wstać o trzeciej, by zdążyć na wschód słońca. Pół biedy, jeśli za oknem Ursynalia. Ostra muza podbita perkusją i basami pozwala przyjemnie i pobudzająco nie zasnąć… Doczekałem brzasku. Niebo było bezchmurne… Dres na siebie, plecak na grzbiet i po samochód. Przejechałem przez Ursynów. O świcie to wyludniona enklawa. Czasem przypomina obrazy Sydney w końcowej scenie Ostatniego brzegu.

Wiślane klimaty

Jechałem ostrożnie. Świt to najgorsza pora. Usypia czujność. Nie tylko zwierząt. Przed samym Konstancinem zobaczyłem rowerzystę. Jechał krawędzią jezdni na rowerze Veturilo. Coś kazało mi zdjąć nogę z pedału gazu. Rowerzysta zachwiał się, stanął w poprzek mojego pasa i omal się nie przewrócił. Wyhamowałem. Ominąłem go. Spietrał się. Nawet nie zatrąbiłem. Po prostu prawa Murphy’ego. Na ich działanie trzeba być przygotowanym zawsze.

W sierści łęgu

Dojechawszy do Gass przez wyludniony Konstancin, pusty Habdzin, Łęg, Czernidła, zostawiłem samochód przed podjazdem do przeprawy promowej. Zanurzyłem się w koncert wiosny. Ptaki śpiewały wszędzie. W koronach starych topól i wierzb, w krzakach głogu, kępach łozy, w wybujałej trawie, zagonach nawłoci. Ów koncert powtarza się co roku. Powinien nudzić. Lecz ja byłem podekscytowany jak zawsze.

Też myślał o niedzieli

Szedłem wąską ścieżką w sierści wiosennej trawy, która wyrosła na grzbiecie wału przeciwpowodziowego. W oddali zamajaczyły kontury dzików. Zanim wycelowałem obiektyw, przepadły w zielonej mierzwie. Podszedłszy bliżej, poczułem ich zapach, ujrzałem rozpychane gałęzie, usłyszałem szelest i truchtanie po miękkiej ziemi…

Estrada natury naturalnie

Za ostatnimi zabudowaniami wsi przystanąłem naprzeciwko białodrzewów i zarośli dzikiego bzu u ich podnóża. Usłyszałem popisy słowików. Cóż za intonacja! Jaka głębia uczuć! Co za interpretacja! Po prostu urzekły mnie…

Szedł ku mnie

Brzeg i ostrogi były obstawione przez wędkarzy. Nieopodal odsłoniętych mielizn zacumowały motorówki. Wszyscy łowili w obiecujących zakątkach nurtu. Nie odstraszyli zwierząt, które wychodziły na ścieżkę zwabione bujną, zbierającą się do kwitnienia trawą. 

Co robić? Zejść czy płoszyć?

Wkrótce napatoczyłem się na zająca. Chyba młodego. Podjadał zioła, nie bacząc na ludzi. Zbliżał się ku mnie. Dał się fotografować w coraz silniejszym świetle. Słońce czaiło się za drzewami drugiego brzegu, oświetlając wierzchołki topól złotą poświatą. Próbowałem robić to krajobraz to kicającego zająca jednocześnie. W końcu zając zszedł na ścieżkę ku rzece. Ustąpił mi drogi.



W krajobrazie Wisły

Na wysokości łęgu i stawów spotkałem kolejne dziki. Nie pozwoliły się uwiecznić. Zbiegły ku wodzie, rozchylając zarośla. Nie odważyłem się za nimi podążyć – kleszcze, insekty i krępująca ruchy mierzwa w mroku łęgu. Podszedłszy bliżej, poczułem znowu charakterystyczny zapach dziczej sierści.

Dzień się zapala

Nieco dalej zobaczyłem wydeptany szlak nad rzekę pod starymi topolami i wierzbami. Wisła pojaśniała w świetle brzasku. Witając wędkarzy – było ich kilkunastu – poszedłem ścieżką między obniżonym lustrem nurtu a odciętym stawem rozlanym pod wałem przeciwpowodziowym. Stanąłem nad ostrogą wieńczącą sztuczną zatokę utworzoną przez kamienną opaskę. Łęg w świetle złotej godziny nabrał wyrazu. Zimny północny wiatr marszczył lustro wody.

Co za spotkanie.

Łęg w złotej godzinie
Na środku rzeki dostrzegłem bobra. Płynął ku mnie. Był nieostrożny. Fotografowałem go chwilę, póki nie zniknął pod kłodami drzew, które runęły kilka lat wcześniej, tworząc dziki zakątek. Napatrzywszy się łęgu, powędrowałem wzdłuż wysychających stawów pełnych szuwarów i tataraku. Pod starymi wierzbami zakwitły kosaćce. Zmieniły nastrój miejsca. Stanąwszy na pagórku dla lepszego kadru, spłoszyłem kolejne dziki. Nie  zobaczyłem ich jednak. Dały o sobie znać basowym pomrukiem dochodzącym z głębi nieprzebytych zarośli. Były całkowicie zasłonięte. Jak pech to pech! Po chwili zamieszanie ucichło. Zwierzęta zaległy w kryjówce.

Kosaćce, wierzby i niewidoczne dziki
Zamiast dzików

Bezchmurne niebo, suche powietrze, krajobraz bez mgły – wszystko to nie sprzyjało kontemplacji spektaklu świtu i wstawania słońca. Które wyskoczyło nad horyzont i równie szybko zaczęło grzać. Złota godzina zmieniła się w złoty kwadrans. Nawet nie zdążyłem zarejestrować chwili, w której dzień się stał.

Mewa czuwa

Osiągnąłem południowy kraniec rezerwatu Wysp Świderskich. Przekroczywszy betonowy podjazd do nieużywanej przeprawy promowej, szedłem drogą wzdłuż rozśpiewanego szpaleru wierzb nad wodą i zarośli nawłoci skrywających zrytą przez dziki ziemię. Zewsząd dobiegał śpiew ptaków, pokrzykiwania bażantów, irytujące wrzaski sójek... Kiedy stanąłem na skarpie, usłyszałem szczekanie koziołka stojącego za rzeką. Próbowałem namierzyć go obiektywem. Bez powodzenia. Gęstwa łęgu i szerokość Wisły zrobiły swoje.

Wiślana wierzba

Wierzbowy ekosystem

Nagle pod brzegiem dostrzegłem falę. Jej szpic sunął do mnie. Pomyślałem:
- Znowu bóbr.






A już myślałem, że wyjdzie na brzeg i pogada

Płynie

Zwierzę płynęło pod prąd. Podziwiałem jego siłę, cierpliwość, determinację. O tej porze powinien szukać schronienia. Słońce raziło. Czułem jego ciepło przez bluzę dresu, chociaż ręce drętwiały w powiewach zimnego wiatru. 



W pianie wiślanego szamponu


Domyślałem się, że to młody osobnik, który odłączył od rodziny, by poszukać swojego nowego miejsca w życiu. Kiedy tylko mnie minął, wracałem na drogę, wyprzedzałem go i zasadzałem się w kolejnym kącie nad wodą. 

Ostatnia poza

Cóż. To zamiast do zobaczenia...

Zabawa trwała, póki nie dotarłem do zatoki śmiałego bolenia. Całkowicie wysuszonej. Tam bóbr wreszcie mnie namierzył, stojącego tuż nad wodą, próbującego obiektywem zajrzeć wprost w jego oczy, i pożegnał uderzeniem ogona o wodę. Zanurkował.

Zatoka śmiałego bolenia

Pani tracz w SPA

Lęg mew

Dotarłem tam, gdzie nurt podczas wezbrań rozbił solidną – zdawało się – ostrogę z granitowych głazów. Nie radząc sobie z nią wprost, wyrwał podmywając kawał brzegu i utworzył niezwykłe zakole. Po opadnięciu wody nie zasilał jednak wysuszonego polderu zatoki śmiałego bolenia. Na skraju zanikających kałuż, otoczonych pękającym już mułem, przesiadywały krzyżówki w towarzystwie siwych wron. 

Czuwa się

To nie pierwsze gniazdo na wysokości zadania

W pobliżu na wykrocie, który utknął na resztkach ostrogi, siedziała para mew. Jedna z nich umościła gniazdo w wystających korzeniach. Silny nurt, opływając wysepkę, chronił ptaki przed intruzami.

Co za dzień!

Ze skarpy nad zakolem próbowałem fotografować polujące rybitwy. Nie miałem dzisiaj szczęścia. Przeszkadzało słońce. Przed oczami tańczyły mi już plamy, gdy śledząc obiektywem ptaki, nieopatrznie spoglądałem w palącą tarczę.

Idę dalej

Zabawiwszy nieco dłużej, postanowiłem pójść w głąb rezerwatu Łachy Brzeskie. Byłem ciekaw skutków pożaru, który wypalił poszycie łęgu w marcu. Czarne pogorzelisko pokrył gęsty dywan nawłoci przemieszanej z chwytliwymi jeżynami, czepliwymi pnączami, kwiatami margerytek... Rana zabliźniła się. Co nie oznacza, że straty biologiczne są do nadrobienia.

Czerwiec pod postacią polnego kwiatu

Wracałem wałem przeciwpowodziowym. Słońce grzało, odpędzając odrętwiający chłód świtu. Ręce odzyskiwały sprawność. Szedłem nieśpiesznie, przepatrując z góry wnętrze łęgu, łąk, pól pokrytych gęstą zielenią. 

Czarny bez

Sypialnia dzików pod przytulną wierzbą

Błotniak w przelocie do gniazda w łęgu

Nad rozległym uprawnym polem, ciągnącym się aż pod zagajniki Piasków i Cieciszewa, dostrzegłem parę polujących błotniaków. Musiałem przystanąć. 




Foto-sesja trwała i trwała. Drapieżniki kilka razy podleciały bliżej. Trzymały się jednak granicy obnażonego pola i łąki, z której płoszyły gryzonie. Gdy myszy wybiegały na odsłoniętą ziemię, ich los był przesądzony. Upolowawszy co nieco, ptaki odleciały nad łęg wzdłuż Wisły.





Tu złapałem obydwa


Latać z Lotem


Raptor

Powrót bywa mozolny, gdy nie chce się wracać. Nogi ciążą. Myśli się snują. Ręce opadają ku ziemi… Nie lubię tego stanu. Cóż, kiedy mus… 

Czego szukał, czego chciał?

Wystarczy jednak widok zająca na ścieżce, który wylazł z soczystej trawy tuż pod nogami, by nastrój zmęczenia zniknął jak ręką odjął. 




Wystarczy dostrzeżona kątem oka sarna w zaroślach pod gałęziami rozpromienionej brzozy. Nieskora do ucieczki, gdy patrząc pod słońce, zastanawia się nad rodzajem potencjalnego zagrożenia… 

To ten, któremu pośpieszny upływ czasu bywa obcy

Rybitwy i rybołowy

Wystarczy widok wędkarzy, którzy się nie spieszą, łodzi zacumowanych do wysepek, mielizn oblanych olśniewającym światłem, warkot silnika promu, który właśnie odbił od zjazdu w Gassach i popłynął do Karczewa…

Jak tu spać?

W czerwcu nie da się spać…