niedziela, 11 lutego 2018

Łachy Brzeskie


Po zaćmieniu - blue Moon


Pogoda w tym roku nie rozpieszcza. Nie dość, że zima taka, jakby jej nie było, to jeszcze smog, chmury, słońca jak na lekarstwo. Bez światła żyję na pół gwizdka. Każdy wypad nad Wisłę o świcie jest wymęczony czekaniem.

Schodząc nad Wisłę

Pierwszy lutowy spacer w Podłęczu (rezerwat Łachy Brzeskie) odbył się w nastroju przedwiośnia. Nic to, że mróz, świeży śnieg, przenikliwy wiatr z południowego wschodu wiejący od Góry Kalwarii. O przedwiośniu wieściły ptaki, gadając w gałęziach drzew i nad wodą.

Kormoranów sznur

Rozbójnicy Urzecza

Zaparkowawszy pod wałem przeciwpowodziowym, wyszedłem nad Wisłę ścieżką wzdłuż ogrodzenia z desek wybiegu dla koni i kóz. Fotografowałem rzadki łęg pod światło brzasku. Wzdłuż rzeki przelatywały kormorany, pilnując wzajemnie ogonów (jeden za drugim), w kierunku niewidocznej stąd Warszawy. Wisła płynęła wartko wolna od lodu, odbijając światło brzasku.


Brzask i nawłoć

Wyspa

Szykowałem się na wschód słońca. Stałem na krawędzi podmywanej skarpy. W wielu miejscach widać było płaty darni wiszącej nad wodą. Kusiło, by na nich stanąć dla dogodnej fotografii obrywającego się brzegu. Na szczęście tylko kusiło.

Urywająca się droga

Szedłem wzdłuż nurtu w kierunku Wólki Dworskiej. Na mieliznach otaczających obszerną wyspę przesiadywały mewy. Były cicho. Chroniły się przed wiatrem za konturem podmytego brzegu. Dopiero później po wzejściu słońca ożywiły się i poderwały chmurą. Nie wiedziałem dlaczego, póki nie zobaczyłem dwóch bielików przelatujących w kierunku mostu kolejowego w Górze Kalwarii.


Stanąłem nad drzewami, które zaległy w nurcie pod brzegiem. Runęły, ciągnąc za sobą wykroty i płaty darni oplecionej korzeniami. Nieco dalej był wąwóz bocznej odnogi. Wyschniętej. Dno wypełniały błotne kałuże pokryte warstwą lodu. Patrzyłem na nie spomiędzy łanów przemrożonej nawłoci, której szare kwiatostany pokrywał szron.  


Słońce wschodziło zamgloną spłaszczoną tarczą. Unosiło się nad dachem jakiegoś domostwa w Kępie Nadbrzeskiej, skradało za gałęziami wikliny pokrywającej wyspę i drzew łęgu, rozjaśniając delikatne pasma chmur tuż nad horyzontem.





Obraz zmrożonego przeciwległego brzegu, szarego krajobrazu i nieśmiałego światła na niebie miał w sobie coś z nostalgii pustego krajobrazu Marsa ze zdjęć Curiosity.



 Tarcza przesłonięta w połowie pasemkiem chmur skojarzyła się z komputerowym modelem czarnej dziury z filmu Interstellar opracowanym przez Kipa Thorna, amerykańskiego astrofizyka.


Interstellar



To właśnie misterium, o którym zawsze myślę, że powinno trwać wiecznie. Wrażenie jednak znikło, kiedy słońce wzeszło nad drzewa i rzekę pozbawioną woalu mgły.

Do godów już blisko

Mróz wzmagany wiatrem przenikał przez odzież, pozbawiał dłonie czucia. Coraz trudniej przychodziło mi fotografować. Ujrzawszy kormorana przelatującego nad parą traczy, nie potrafiłem nacisnąć migawki. Ujęcie pozostało w mojej głowie. Ratowałem się wkładaniem rąk do kieszeni. Rękawiczki nie pomagały.

W łęgu Podłęcza

Minąwszy drogę donikąd (urywała się na krawędzi podmytego brzegu), poszedłem wzdłuż wąwozu wyschniętej odnogi pod wał i porzucony sad ze zdziczałymi drzewkami. 



Słońce prześwietlało rosochate topole i łany nawłoci. Rzucało refleksy na oszronioną mierzwę zarośli. Droga wiodła dalej pod samym wałem. Słysząc jednak krzyk obudzonych mew, wróciłem ścieżką nad wodę. 



Zobaczyłem przyczynę zamieszania – bieliki lecące nad mielizną w kierunku kolejnej wyspy i mostu kolejowego w Górze Kalwarii. Chmura ptaków uniosła się do światła, kołowała nad łęgiem drugiego brzegu. Kiedy mewy opadły na mieliznę, poszedłem wzdłuż nurtu wiślanej odnogi pokręconą ścieżką pełną śladów zwierząt.



Raptor - kormoran

Wyspa Łach Brzeskich na tle Kępy Brzeskiej

Wyspa

Słońce zaczęło wreszcie grzać. Przenikający przez grubą odzież mróz zelżał. Odzyskiwałem czucie w dłoniach i w stopach grzęznących w pokruszonych kamieniach umocnionego brzegu. W miejscu, gdzie wał przeciwpowodziowy dochodzi do rzeki, boczna odnoga odbiega na południowy wschód. To jest ten zakątek, który nieodmiennie sprzyja marzeniu o spływie kajakowym po Wiśle.

Patrząc na Wisłę z Wólki Dworskiej

Wyjątkowe miejsce. Podczas wiosennego wezbrania po śnieżnej zimie pojawia się w nim kolejna odnoga, której nurt przelewa się przez kamienną ostrogę zarośniętą wikliną. Dzisiaj zamiast odnogi widziałem jedynie nadrzeczną łąkę zarośniętą przez wiklinę i łozę.

To samo miejsce wiele lat wcześniej podczas wiosennego wezbrania

Stanąwszy na grzbiecie wału, spoglądałem na obiecujący krajobraz rezerwatu a potem za siebie, w kierunku willi w staroangielskim stylu posadowionej na skarpie starorzecza w Wólce Załęskiej. O świcie jej widok bywa zajmujący. Zwłaszcza w porze kwitnienia sadów. Dzisiaj jednak nie zachwyciła. Tonęła w zamglonym powietrzu rozpraszającym ostre światło.














Urzecze w porze kwitnienia sadów

Wyspa - widok z wału w Wólce Dworskiej
Wracałem grzbietem wału między topolami łęgu. Obok szrotu, który pojawił się niedawno w sąsiedztwie rezerwatu ptaków. Parking zużytych samochodów i chroniona Wisła – dysonans poznawczy. Tego nie da się komentować bez użycia dosadnych określeń…


Kawałek dalej  nie ma już dokąd iść

Wracałem nad Wisłą, patrząc na ptasią kolonię. Teraz ożywioną w świetle dojrzałego poranka. Para czapli odleciała na drugą stronę rzeki. Kaczki i tracze uwijały się na środku nurtu. Pojedyncze kormorany suszyły skrzydła, przesiadując na kłodach zalegających na mieliznach…

Współczesna architektura Urzecza

Fotografowałem współczesną architekturę Urzecza, próbując znaleźć jej związki z architekturą olędrów. Jedno co wspólne, to widok nadrzecznych wałów przeciwpowodziowych i topól resztkowego łęgu.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Wyspy Świderskie - pierwszy spacer 2018



Brzask nad Wisłą w Ciszycy


Doczekałem nareszcie właściwej pogody. Długo co prawda rozmrażałem samochód do wyjazdu, ale warto było. Czyste niebo. Przejrzyste powietrze. Brzask długo zwiastujący wschód słońca. Bezwietrze. Wszystko co trzeba, aby czym prędzej zjawić się nad Wisłą. 




Krajobraz Ciszycy

Początkowo zamierzałem stanąć przy moście nad ujściem Jeziorki, aby stamtąd pójść na Wyspy Zawadowskie. Pojechałem jednak do Ciszycy. Było już jasno. Do wschodu słońca zostało niewiele czasu. Może kwadrans. A przecież musiałem jeszcze znaleźć przejście na wyspę przez odnogę wypełnioną wodą. Mróz nie skuł nawet płytkich strumieni.

Wschodzi

Zostawiłem samochód na drodze , która w 1939 roku stanowiła dojazd do mostu przez Wisłę łączącego Konstancin-Jeziornę z Karczewem. Most stalowo-drewniany został zniszczony 8 września, niebawem odbudowany na czas okupacji jako drewniany i ponownie zniszczony przez Niemców 29 lipca 1944 roku z obawy przed nacierającymi czerwonoarmistami, którzy już wdzierali się za Wisłę na południe od ujścia Pilicy i rozpoczynali walki o przyczółek warecko-magnuszewski sięgający ostatecznie aż Głowaczowa. Więcej szczegółów na ten temat na blogu ksundera o Konstancinie-Jeziornie.


Zszedłszy za lądowiskiem helikopterów z wału, natrafiłem na kilka zamierających strużek. Wisła powoli opada po grudniowym wzmożeniu. Pod rozbitą ostrogą znalazłem płytką wodę. Przeszedłem po grudach zamarzniętego mułu między krzaki oszronionej łozy. Pośpieszyłem skrzypiącą pod butami ścieżką. Szron skrzył się na piasku i na wyschniętych łodygach zarośli, osypywał się z gałęzi łozy potrącanych ramieniem.

Plaża zniknęła

Myślałem zrazu, że do wody daleko. Wyjrzawszy z gęstwy ujrzałem nurt podmywający wyspę. Rzeka zabrała kilka hektarów plaży. Spłukała kępy rozrośniętej wikliny. Zniosła cmentarzysko drzew, między którymi chodziłem jeszcze jesienią. Czarne kikuty tkwiły teraz w rozległej wodzie, wzniecając warkocze fal na jej powierzchni.

Warkocze współczesnego Urzecza

Zdążyłem akurat na sam wschód słońca. Pierwsze promienie oświetliły właśnie pióropusz pary i spalin nad kominami elektrociepłowni Siekierki. Bezwietrzny dzień sprawił, że mróz nie dokuczał, chociaż termometr w samochodzie wskazywał minus dziesięć. Było komfortowo.

Nowa zatoka wyspy świderskiej

Cypel, który jeszcze się opiera

Szedłem ku słońcu skrajem osuwającej się skarpy. Wisła płynęła całą szerokością mielizny. Spłukała jesienną łąkę, na której fotografowałem białe i siwe czaple we mgle. Dzisiaj mgła też była. Nad samą wodą. Niewielkie pasmo chmur przygasiło nieco słoneczną tarczę wychodzącą nad horyzont nieopodal komina ciepłowni w Otwocku. Mgła rozpraszała światło. Uwydatniała cienie rzucane przez drzewa na cyplu opierającym się naporowi nurtu. Idąc skrajem brzegu, patrzyłem pod nogi. Omijałem rysy w zmarzniętym piachu. Zwiastowały rychłe osuwiska gruntu.




W pobliżu cypla przystanąłem na foto-sesję. Ptaki omijały mnie z daleka. Kormorany przelatywały nad drugim brzegiem. Czaple zaszyły się w łęgu. Mewy tkwiły na odległych mieliznach. Bobry nie kwapiły się witać słońca, chociaż wszędzie widziałem oszronione ślady błoniastych łap. 


Dotarłszy do cypla i łęgu na nim, wszedłem na ścieżkę wydeptaną przez zwierzęta. Rozgarniałem cierpliwie pędy podszytu i ogryzione kikuty gałęzi, deptałem uschniętą trawę i nawłoć. Strzepywałem szron. Kluczyłem w mierzwie jakiś czas, póki nie dotarłem do kolejnej zatoczki za zagajnikiem.



Słońce wzeszło na dobre. Jednak nie ponad mgłę otulającą rzekę. Zrobiło się urokliwie.




Fotografowałem pejzaż z krzakiem głogu; potem, zszedłszy na plażę – z wykrotem w kształcie ni to krokodyla, ni to nosorożca.


W pewnej chwili zamarłem, widząc kępę zaschniętej trawy na skraju wody i brzegu. Przypominającą jeżozwierza. Pomyślałem: - Bóbr. Rozczarowałem się.



Wracałem wzdłuż bocznej odnogi nurtu. Oddzielającej kępę łęgu od wału przeciwpowodziowego. Trzymałem aparat w pogotowiu, licząc na sarny, dziki lub lisy. Wąwóz był jednak pusty. Ospały strumień wypełniał kurczące się rozlewiska pokryte warstewką lodu. Zmrożony piasek skrzypiał pod butami. Ułatwiał chodzenie.


Szedłem skrajem zagajnika i zamrożonych rozchodników pokrywających piasek srebrzystymi matami.


Wydeptaną przez bobry ścieżką wydostałem się znowu na plażę. Pióropusze siekierkowskich kominów rozpuściły się w warszawskim smogu. Nie były już tak malownicze jak o brzasku. W oddali gaworzyły mewy. Okupowały rozległe mielizny w kierunku ujścia Jeziorki. Były podekscytowane.


Z niechęcią wracałem do samochodu. Niestety dzień się budził hałasem pojazdów i traktorów. Powszedniał.