czwartek, 21 września 2017

Magia



Magia zaczyna się o brzasku


Magia zaczyna się o brzasku. Zwiastującym wschód słońca. Gdy mgła podnosi się z wody, przenika łęg, przykrywa łąki za wałem, maskuje drugi brzeg, wypełnia krajobraz, rozpuszcza kontury… Odzierając przestrzeń z wymiarów, z głębi, perspektywy, wysokości… Dotykając twarzy, odsłoniętych rąk... Napełniając zmysły ułudą. Zwodząc. Sprawiając, że znajome od lat kąty pokazują po raz kolejny nieznane oblicze. Zaskakujące…
We mgle wszystko się zdaje


Wiślana żyrafa
Wkroczyłem w mrok łęgu. Aparat pracował w trybie bracketingu, wydobywając z wnętrza deszczowego lasu zaskakujące kształty. Chciałem spotkać dziki. Wokół jednak tylko cisza, przerywana szeptami nieśmiałych ptaków. Zmierzwione zarośla. Pełne wilgoci… Odstręczały od wejścia na wąskie ścieżki…

Wisła w Ciszycy

Zatoka mamiła zieloną powierzchnią. Toń zarosła, zamieniając się w bagno., Musiałem nadłożyć drogi, by zejść na rozległą mieliznę Wysp Świderskich. Dopiero za stawem pod rozbitą ostrogą się dało. Strumień  bocznej odnogi wysechł. Depcząc ślady bobrów, wszedłem między kępy łozy, pędy topól i osiki, klonów jesionolistnych… Piasek stawiał tępy opór stopom. Ustępował pod naciskiem. Mgła narastała…

Depcząc piasek Wysp Świderskich

Wisła żyje. I zmienia się z każdym wezbraniem i z każdą posuchą. Mokry wrzesień nie napełnił koryta rzeki… Tam, gdzie plaża dotykała wody, pojawił się dywan mozgi trzcinowatej, przekwitających barszczów, pokrytych fioletowymi kiściami kwiatostanów nieznanych mi roślin. Między nimi polowały białe i szare czaple. We mgle były zjawiskowe. Przeszywały powietrze chrapliwym krakaniem. Ja jednak szedłem ku wodzie. Ku nurtowi pluskającemu na płyciznach. Prąd napierał na konary drzew zagrzebanych w ruchomym piasku dna. Wczorajsza ulewa, która zalała Warszawę i okolice, jeszcze nie przelała się do rzeki.

Matecznik białych i szarych czapli

Każdy wykrot gniazdem nowego życia

Portret słońca





Krajobraz bez granic
Nadleciały tracze





Słońce wynurzało się z mgły. Prześwietlało wierzchołki topól. Było zjawiskowe. Szedłem coraz bliżej pluskających ryb. Przede mną przeleciało stadko traczy. Same dziewczyny. Zatoczyły krąg nad płycizną. Osiadły na wodzie. Dały się znieść nurtowi ku wystającym z rzeki konarom. Tutaj zaległy. Brały kąpiel. Gadały do siebie. Polowały, czesząc dziobami płyciznę. Fotografowałem je pod słońce. Ustawiałem się tak, by smuga słonecznego blasku oświetlała ich zamglone sylwetki. Obrazy zdały się minimalistyczne. Niewiarygodne…


Minimalizm środków wyrazu





Światło złotej godziny wydobywało z zamglonego krajobrazu przedziwne refleksy. Deptałem grząski piasek. Buty zapadały się w nim. Musiałem uważać. Nie ma nic groźniejszego niż nastąpienie na kurzawkę. Wciąga znienacka. Jak wtedy, gdy płynąc za Toruniem kajakiem, utknąłem na mieliźnie. Próbowałem przepchnąć kajak na głębszą wodę. Postawiłem stopę na gładkim piasku i zapadłem się po kolano, nie znajdując oparcia. Myślałem wtedy wyłącznie o tym, by za nic nie puścić burty i wiosła…






Z wnętrza wyspy nadszedł mężczyzna. Stanął na cyplu. Znieruchomiał. Patrzył na lampion wschodzącego słońca. Podchodząc do cypla, usłyszałem:
- Jeśli przeszkadzam, proszę powiedzieć. Odsunę się.
- Nie trzeba – odparłem.
- Tutaj –wskazał na wodną polanę – chodziły chyba żurawie. Zobaczyłem duże ślady.
Żurawie w tym miejscu? – pomyślałem. – To środowisko nie dla nich. Odparłem:
- Może mewy srebrzyste? Albo czaple. Polują w zaroślach.

Biała czapla

Siwa czapla

Grzywacze?
Krzyżówki

Spostrzegłem jedną z nich. Pokazałem ręką. Nie zauważył. Mgła roztapiała kontury. Nim wycelowałem obiektyw, biała czapla rozłożyła skrzydła do lotu. Nie zdołałem uchwycić jej w tym ułamku sekundy. Pstrykałem na oślep, licząc na łut szczęścia…



Wdaliśmy się w krótką pogawędkę o walorach oglądania Wisły o świcie. Mężczyzna od lat chodził po wyspach. Ja rekomendowałem kajak. Nie wyjmował aparatu. Stwierdził:
- Jak tylko słońce wzejdzie wyżej, obraz będzie ciekawszy.
- Teraz jest nieciekawy? – pomyślałem ze zdziwieniem…

Samotność wędrowca

Sfotografowałem go, kiedy odchodził na południe. Znikająca we mgle sylwetka była wymowna. Poczułem wielką, wielką samotność. I… poczułem się z tym dobrze. Cisza. Furkot skrzydeł. Plusk wody wokół. Przestrzeń bez granic – mgła rozpuściła wymiary. Jej tumany przesłaniały słońce. Chwilami myślałem:
- Nadchodzą chmury…

Podchodząc do wodnej polany, której istnienia nie przeczuwałem w czerwcu (jak szybko przyroda zasiedla puste miejsca), sprowokowałem ruch w zaroślach. Czaple podniosły się do lotu. Krzyczały. Słyszałem je, póki mgła i odległość nie stłumiły dźwięków. Piskliwce przelatywały wzdłuż linii brzegu nad zatoką, przeszywając powietrze przenikliwym krzykiem-gwizdem. Nad wyspą krążyła chmura ptaków. Przez mgłę nie rozpoznałem gatunku: - Gołębie grzywacze ćwiczące przed jesienną wędrówką?...

W klimatach Haapsalu

Wodna polana

Podchodziłem między krzakami bielunia do zatoki na skraju wodnej polany. Z nadzieją spotkania bobra. Zamiast bobrów zobaczyłem polowanie. Wielka ryba wyskoczyła nad wodę. Plasnęła ogonem. Narybek rozsypał się paciorkami na powierzchni… Próbowałem fotografować w biegu. Nie nadążałem za dźwiękami. Myśliwi (i ofiary) przemieszczali się bez ładu i składu. Nie potrafiłem przewidzieć, gdzie nastąpi kolejny atak. Wyskakujący boleń w kadrze nadal czeka na swoją chwilę…



Polowanie



Słońce było coraz wyżej. Wydobywało z rzecznego obrazu frapujące szczegóły, subtelne odcienie barw… Pojedyncze kwiaty, kępy łozy, groteskowe wykroty, czasem płaszczyznę wiślanego piachu pod tumanem mgły…


Nastrój poranka nie ustępował. Plaża, krajobraz bez horyzontu, kontury drzew prześwitujących w rozjarzonym mleku, błękit bez chmur, odbicia obrazów w zastygłej powierzchni wody… Nie sposób oderwać oczu… Do czasu, gdy trzeba wracać…



środa, 28 czerwca 2017

Świderska plaża

Początek lata na wiślanych Wyspach Świderskich 

Tutaj wszystko zarasta

Początek lata nad Wisłą okazał się pobudzający. Ledwo wyszedłem z samochodu, usłyszałem nieprawdopodobny koncert. Ptaki śpiewały tak, jakby żyły w środku sezonu lęgowego. Ożywienie, ruch w listowiu, między gałęziami i konarami drzew łęgu, tokowanie bażantów na sąsiednich łąkach i polach, kwilenie rybitw i mew od rzeki, pokrzykiwanie dzięciołów, kukania… Schodziłem ścieżką z wału przeciwpowodziowego. Zanurzyłem się w gąszcz podszytu. Z drzew kapały grube krople. Po nocnym deszczu. Ubranie zamokło...

Świt i duszki HDR

Nad rzeką, kiedy wyjrzałem z łęgu, snuła się mgiełka. Nie przesłaniała krajobrazu. Przejrzyste powietrze pozwalało zajrzeć w najdalsze zakamarki rzeki.

Brodziec

 
Zatoka w Ciszycy wyschła. Pod skarpą, gdzie zwykle była rozlana woda, snuł się leniwy strumyk. Odsłonięte dno skolonizowały pędy wierzby i łozy, kępy bielunia, trawa, kwitnące zioła. Nieopodal kilku pali wbitych w dno, dzisiaj całkiem obnażonych, pływał bóbr. Przeszukiwał płytką wodę. Myślałem, że będzie pozował. Zawrócił jednak pod krzaki i zniknął z oczu.

Ciekawość

Skupiłem się więc na brodźcu, który z przenikliwym piskiem nadleciał z północy i wylądował na piasku po drugiej stronie płycizny. Penetrował skraj wody pod kępą mozgi trzcinowatej. Coś go zafrapowało, bo pozwalał się fotografować dłuższą chwilę.





Rajski ogródek

Zszedłszy ze stromego brzegu, przekroczywszy niewielki strumień, niepozorną pozostałość rozlewiska zachwycającego kilka tygodni wcześniej, wszedłem na mokrą mieliznę. Poszedłem w stronę odległego nurtu. Brzeg powiększonej plaży skrywał zatoczki. Nadkładałem drogi, śpiesząc na spotkanie ze słońcem. 

Śniadanie bobra

Piasek ustępował pod butami, krępował ruchy. Świeża trawa moczyła spodnie i buty. Każdy krok zdawał się mozolny. Kiedy stanąłem na kolejnej skarpie z wiślanego piachu, ujrzałem w wąskiej zatoce ciemny nieruchomy kontur. 

Jestem coraz bliżej

Myślałem:
- Kłoda.
Coś jednak kazało mi zachować ostrożność. Podchodząc, poczułem mrowienie:
- Bóbr.
Siedział w wodzie przy samym brzegu i obrabiał pędy łozy, których naręcze przywlókł z pobliskiej kępy. Fotografowałem, podchodząc do niego krok za krokiem. W pewnej chwili zacząłem filmować. Ogryzał świeże łyko. Bez pośpiechu. Śpiew ptaków zagłuszał szelest rozdeptywanego piasku. Liczyłem na jego słaby wzrok. Przeliczyłem się. 

Zanurkował

Ciut za późno sfotografowałem chlapnięcie ogonem. Zanurkował. Czekałem cierpliwie aż się wynurzy. Próbowałem przewidzieć, gdzie wypłynie. Dostrzegłem bańki wypuszczanego powietrza na lustrzanej powierzchni wody. Wyznaczały kierunek. Niestety odpływał. 





I sobie odpłynął do przyjaciół

Wynurzył się obok płycizny, na której przesiadywały mewy i rybitwy. Ptaki nic sobie nie robiły z obecności intruza.


Wygląda

Śpieszyłem się nad główny nurt. W pewnej chwili musiałem przejść przez kępy wybujałej wikliny i klonów jesionolistnych, które przetrwały wiosenne wezbranie. Wszędzie kwitła dziewanna, przytulia północna, rosła nawłoć, pleniły się nieznane mi zioła, wodolubne szczawie… Wszystko niewiarygodnie rozbuchane… 


Czyż nie zachwyca?

Pomyślałem, że owo porównywanie Wisły z podzwrotnikowymi rzekami i nazywanie jej polską Amazonką to nie przypadek. Czerwcowy łęg wybucha zielenią.
Mgła się podnosi



Słońce nie wchodziło spektakularnie. Czyste niebo, kryształowe powietrze, bezruch i lada jakie mgiełki nie budowały nastroju. Szukałem miejsc, skąd mógłbym fotografować wschód z efektami specjalnymi. Stanąłem nad przewężeniem nurtu. Stąd nieomal rzut kamieniem do drugiego brzegu. Miałem wrażenie, że mógłbym przejść pieszo. Słońce wynurzało się spomiędzy drzew z pewną nieśmiałością. Myślałem:
- Spektaklu nie będzie.



A jednak zagrało. Mgła zgęstniała. Przemoczony krajobraz zaczął odbijać promienie. Zieleń przykrył srebrzysty welon, gdy patrzyłem za swoim cieniem. Nastała złota godzina.











Mewa czuwająca

Deptałem mokry piasek, na którego powierzchni nocny deszcz zostawił chropowatą fakturę. I warstwę śliskiego mułu. Przyklejał się do podeszwy butów… Szukałem miejsc, gdzie z wody wystawały  martwe drzewa na poły zasypane wędrującym piachem. W smugach ostrego światła wyglądały egzotycznie.





Wisła co roku zmienia swoje oblicze. Każde wezbranie rzeźbi dno, przemieszcza mielizny, wypłukuje zagłębienia, wznosi nowe kępy, podmywa brzegi. Każda susza pokazuje nowe kształty rzecznego koryta. Obserwowanie żywej rzeki na przestrzeni kilkunastu lat sprawia, że coraz bardziej rozumiem sens słów:
- Panta rhei.




Dziewanna
Łęg się panoszy

Słońce, wyskoczywszy nad linię drzew, oślepiało. Wracałem do wnętrza wyspy i nad zatokę bobra. Światło dnia sprzyjało fotografowaniu ptaków.

Łabędzie nieme w przelocie nad Wisłą




Najpierw pojawiły się łabędzie. Nadleciały znad Ciszycy. Przecinały rzekę na skos, kierując się w stronę Józefowa. Pięknie pozowały na tle gładkiego nieba.

Pliszka podlotek - ta, co podlatuje

Dziobnę nie dziobnę, spróbować warto

Potem trafiła się pliszka. Szukała jedzenia pod kłodą i kępką ziół. Przykuwała uwagę.














Jaskółki brzegówki




Nieco dalej fotografowałem wystające z wody konary. Nad którymi krążyły jaskółki. Oddawały się jakiejś beztroskiej zabawie. Ścigały siebie nawzajem, zataczały migotliwe kręgi. Zbyt szybkie, bym mógł panoramować. Ustawiłem obiektyw w jedno miejsce i patrząc przed siebie, zwalniałem migawkę, gdy ptaszki były tuż obok wysuszonych przez słońce i wodę gałęzi. Działo się…











Nowe oblicze mojej ulubionej wyspy

Wierzby natychmiast korzystają z okazji...

Dziewanny oraz inne kwiatki


Gdy woda ustępuje

Wracając do łęgu nad wyschniętą odnogą Wisły, fotografowałem odległe kominy Siekierek, czaple, których pełno nad wykrotami zaścielającymi lewy brzeg. Chciałem powtórzyć zdjęcia bobrów, lecz te już się pochowały. Zostawiły po sobie świeże smugi po gałęziach wikliny wleczonych do wody czy po ogonie, który maskował ślady łap z długimi pazurami i palców spiętych błoną.

Pliszka



Pliszka i nie jej puszka po piwie - "dbamy" o nasze środowisko wyjątkowo niestarannie.




Pod brzegiem znowu spotkałem pliszkę i brodźca. Nie omieszkałem urządzić sobie krótkiej fotosesji. W mocnym świetle słońca krajobraz Wisły zdał się wyjątkowy. Nieruchoma woda odbijała obrazy brzegu i łęgu bez żadnych zniekształceń. Widok hipnotyzował…

Brodziec piskliwy na popasie











Tylko te śmieci pozostawione w REZERWACIE. Opadająca woda odsłania kolejne ich zwały. Stały się obrzydliwą „ozdobą” tych niezwykłych miejsc. Chwilami czułem się  nieomal tak, jakbym spacerował po wysypisku w Radiowie na granicy Puszczy Kampinoskiej… Zastanawiałem się, co powoduje ludźmi przychodzącymi tutaj z torbami pełnymi flaszek, butelek, żarcia, którzy nie mają potem siły wynieść pustych opakowań. Jakim poczuciem estetyki się odznaczają, że tolerują wokół siebie taki śmietnik?… Do którego prędzej czy później wrócą. By znowu zostawić brud, smród i swoje mentalne ubóstwo… W miejscu, które powinno być świątynią Przyrody… Nawet najprymitywniejsze zwierzęta nie kalają gniazda, w którym się wychowały i dorosły...