Świta. Sierp księżyca jest tuż nad horyzontem. Czteroosobowa załoga Artemis wylądowała wczoraj po przelocie nad jego podziobaną kraterami powierzchnią. W perspektywie wału obserwuję światła kolejnych samolotów, które zniżają lot, podchodząc do lądowania na Okęciu.
Po nieudanej próbie przejazdu rozoraną drogą pod wałem w stronę Piasków odstawiam samochód na podjeździe do nieczynnej przeprawy promowej. Wisła jest tak wysuszona, że prom jeszcze długo nie ruszy.
Idę grzbietem wału. Depczę oszronioną trawę. Mrozu jednak nie czuję. Nie ma wiatru. Słucham kwietniowego koncertu. W niedzielę o świcie ptaki nie muszą przekrzykiwać szumu samochodów za rzeką. Na polach skrzeczą bażanty. Dzięcioły odkrzykują z drzew.
Mijam szpaler pociętych i ogryzionych klonów jesionolistnych. Bobry rozrabiały całkiem niedawno. Pnie noszą ślady świeżych zgryzów. Konary ogryzione z łyka leżą w odrastającej trawie. Nawłoć nadal szara. Wiosenne odrosty chmielu nie przebiły się jeszcze przez splątaną zeszłoroczną sierść rozwieszoną na krzakach i drzewach.
Łuna na wschodzie jest coraz jaśniejsza. Fotografuję krajobraz rzeki z sierpem księżyca między koronami klonów, w gęstwie kwietnych miotełek. Mijam białodrzewy okryte kotkami. W ich gałęziach popisują się kosy i słowiki. Za ostatnimi domami Gass otwiera się krajobraz pól graniczących w oddali ze skarpą Słomczyna.
Chociaż czuję przymrozek pod stopami, nie jest mi zimno. W nieruchomym powietrzu wszystko zastyga: ałycze, tarniny i głogi, oplątane wysuszonymi zwojami dzikiego chmielu, dźwigają obłoki drobnych kwiatów. Za nieprzejrzystą gęstwiną unoszą się bezlistne topole, wiązy, brzozy i wierzby. Ścieżka wiedzie w perspektywę nadrzecznych zagajników łęgu. Pod szpalerem ałyczy i tarniny, w łunie wschodzącego słońca, dostrzegam zająca. Najpierw stoi słupka, potem przysiada. Obserwuje podwale. Znika w zaroślach, spłoszony przez koguta bażanta, który wychodzi z cienia wprost w plamę światła. Słońce właśnie wyłania się spoza drzew za rzeką i barwi krajobraz purpurową, a po chwili złotą godziną.
Dochodzę do nadwiślańskiego kąta, który fotografuję od lat z uczuciem nieprzemijającego zdziwienia. Staw pod wałem i wierzbą, pod którą bobry uwielbiały rzeźbić nory, skurczył się do wąskiego pasma wody bez wodorostów. Kąt wędkarski: stolik z ławeczkami nad wypalonym plackiem trawy — wciąż na swoim miejscu. Zimowe wezbranie wywołane lutowym zatorem kry nie zmyło obozowiska. Spokojnej wody nie mąci żadna fala. Topolowy zagajnik nad wodą już całkiem zniknął pod siekaczami bobrów. Nie oszczędziły nawet pomnikowych sokór, które kilka lat wcześniej zaległy w mierzwie wyschniętego poszycia i poszarzałych pokrzyw.
Cała zatoczka znowu jest przemeblowana. Wzdłuż ogrodzenia po drugiej stronie wału drogę zbuchtowały dziki. Skiby wywróconej darni przykryły dawno nieużywane koleiny.
Słońce już wysoko. Budzi żurawie i łabędzie, krzykliwe na rozlewisku wyciętym z nurtu opaską z głazów. Ich krzyk niesie się daleko w przestrzeń. Ptaki podrywają się do lotu w stronę Warszawy. Widzę je między konarami ocalałych drzew. Po chwili pojawiają się wędkarze. To oni je spłoszyli. Rozsiadają się wokół stolika, szykują wędziska. Będą łowić za ostrogą, gdzie woda zawija się cofką i wiruje z dala od brzegu. Nie zejdę do nich. Co mieli spłoszyć, spłoszyli. Zawracam więc.
Jest coraz cieplej. Światło zwabia trznadle, kosy i szpaki. Ptaki przeszukują tającą trawę. Zielone i czarne dzięcioły dobrały się do spróchniałych wierzbowych i topolowych pni i zapamiętale drążą dziuple, wyrzucając drzazgi za siebie. Mgła nad wodą rzednie. Podnosząc się, sprawia, że dalekie plany krajobrazu tracą ostrość.
Złota godzina przemija. Krajobraz Wisły wypełnia się kontrastami. Słońce i jego odbicie w rzece oślepiają. Mrużę oczy, fotografując pod ostre światło. A jednak czuję błogość. Ptaki śpiewają w mierzwie odradzających się zarośli, bażanty skrzeczą, dzięcioły wykrzykują swoje dźwięczne trele. Jeden popisuje się powtarzalną sekwencją kilkunastu nut, a po każdym popisie uderza dziobem w suchy konar, udając perkusistę. Jest dobrze. Jest tak, jak powinno być.
Wracam wzdłuż wału asfaltową drogą, bez pośpiechu, i mijam pierwszych rowerzystów — wielbicieli wczesnego poranka na Urzeczu. Za kilka godzin nie da się tędy jechać. Szlaki wzdłuż rezerwatów Wisły zostały już dawno odkryte. W południe będą wieloosobowe grupy kolarzy. Czasy samotnych spacerów z cyfrowym Kodakiem odeszły w niepamięć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz