Ten wpis to konsekwencja dwóch wyborów ad hoc podczas jazdy nad Wisłę. Zasada nieoznaczoności Heisenberga rulez. Najpierw lis, który chciał przebiec jezdnię, kiedy dojeżdżałem do mostka nad Wilanówką. Spojrzał w światła reflektorów. Jego oczy rozbłysły. Cofnął się zanim wyhamowałem. Dojeżdżając do skrzyżowania przy moście nad ujściem Jeziorki, skręciłem w uliczkę do Wysp Zawadowskich. Zatrzymałem się jednak. Skarciłem się w myślach, że porzucam zamiar zwiedzenia Wysp Świderskich. Wycofałem się i pojechałem przez most nad wychudzoną rzeką. W jej ujściu obniżona woda odsłoniła mielizny, zwykle niewidoczne.
Drugiego wyboru dokonałem przed podmytą kępą wikliny, która zsunęła się ze skarpy podczas ubiegłorocznej powodzi. Doszedłszy do niej, zobaczyłem wiele pościnanych przez bobry kłód. Wszędzie zalegały wilgotne wióry i sterczały kikuty wierzby. Chciałem pójść w stronę Siekierek. Coś jednak mnie pchnęło na skraj zanikającego rozlewiska. W poświacie brzasku zobaczyłem nietypowe fale rozchodzące się po powierzchni. Nie było wiatru. Dopiero po chwili w niepozornej plamie na tle wody rozpoznałem bobra… Ale od początku.
Opuściwszy samochód, idę grzbietem przeciwpowodziowego wału do zejścia nieopodal stawu, który od ostatniego spaceru jeszcze się skurczył. Łęg śpiewa. Wiatru na lekarstwo. Ptaki więc ośmielone. Tokują wniebowzięte. Słyszę mnóstwo różnych solówek, powtarzalnych motywów, treli, zaśpiewów, pokrzykiwań. Czasem zza drzew dobiegną kwakania krzyżówek, piania bażantów, kogutów… Za konarami bezlistnych drzew skrada się brzask. Kurt Gödel, matematyk i przyjaciel Alberta Einsteina, powiedziałby o bezlistnych drzewach, że są matematycznie piękne… Powietrze lekko zamglone. Przez to krajobraz bardziej pastelowy. Na niebie drżą tylko najjaśniejsze gwiazdy. Do wschodu słońca jeszcze trochę. W południe ma być częściowe zaćmienie. Jestem więc bez szansy, by zobaczyć wąski sierp księżyca tuż obok.
Nagrywam wokalizy ptaków. Fotografuję pasmo łęgu na tle zabarwionego brzasku. Stoję nad stawem w dole i nad zrujnowaną wierzbą, która oparła się o zbocze wału. Po chwili schodzę na wysuszone koryto bocznej odnogi rzeki wzdłuż znieruchomiałego lustra wody i gałęzi zbitych w pływającą wysepkę. Piasek miękko ustępuje pod butami. Wchodzę na ścieżkę między kępami młodych topól i kęp wikliny, wysuszonej trawy i sitów, suchorostów i odbijających od piasku odrostów rdestu, wczesnych mleczy i ostów...
Przystaję przed kępą wikliny, która zsunęła się ze skarpy i deliberuję:
- W stronę Siekierek czy w kierunku Gassów?
Stoję na ścieżce ze śladami wleczenia gałęzi. Pod krawędzią osypującego się klifu dostrzegam fale, zaś nieco dalej misiowaty kształt na skraju brzegu za wodną taflą. Elektryzuje mnie:
- Bóbr!
Zgryza łyko z przywleczonej kłody. Futro zmierzwione po nurkowaniu. Płetwa ogonowa ledwo widoczna w mętnej wodzie. Najada się. Nie widzi mnie, chociaż stoję na krawędzi. Nic mnie nie zasłania. Przemieszczam się, bo wszędobylskie odrosty siewek psują kadr. Aparat ostrzy na nich, nie na sylwetce bobra. Wreszcie dogodny kąt. Światło brzasku nie pomaga. Czas naświetlania dłuższy niż zwykle. Wiele zdjęć zamazanych.
Bóbr się nie śpieszy. Po uczcie zostawia odkorowaną białą kłodę. Płynie do mnie. Powolutku. Z namaszczeniem. Pławi się. Widzę oczy, odsłonięte uszy, drżące wibrysy na nozdrzach. Patrzy na mnie. Nie dostrzega jednak zagrożenia. Nurkuje łagodnie, wzniecając bańki gazu i chmurki brązowego mułu z dna. Znika pod skarpą…
Kilka metrów dalej widzę zapadnięty grunt. Domyślam się, że bóbr wybrał złe miejsce na nocleg. Przesuszony piasek nie utrzymuje stropu nad korytarzem nory. Stoję nad wodą, lecz nie włączam aparatu. Błąd! Widzę bańki powietrza, mętniejącą wodę. Pod jej powierzchnią podnoszą się chmurki mułu. Obiektyw wysuwa się zbyt wolno. Bóbr tym razem mnie widzi. Ruch wysuwającego się tubusa aparatu alarmuje. Zamiast zdjęcia mam przed oczami obraz rozbryzgu wody i słyszę głośne plaśnięcie płetwy ogonowej. Fotografuję rozpraszające się kręgi fal…
Nie rezygnuję jednak. Zajmuję dogodniejszą pozycję na skraju skarpy, skąd lepsza panorama Wisły. Brzask coraz silniejszy. Mogę filmować z większej odległości. Bóbr pojawia się za kępą podmytej wikliny. Jest spokojny. Podpływa do wykrotu. Filmuję. Sielanka jednak się kończy. Bóbr nurkuje, rozbryzgując wodę. Jest spłoszony. Kątem oka widzę wielkiego białego owczarka. Właściciel go odwołuje… Bóbr nie wrócił…
Na środku rozległej plaży pojawiają się foto-łowcy. Szykują aparaty na wschód słońca. Przemieszczają się wzdłuż rzeki w poszukiwaniu dogodnego miejsca, szykują statywy, montują aparaty... Nie dołączę. Oddziela mnie od nich rozległe błoto i zamierające strumienie, odnogi głównego nurtu.
Idę więc w stronę Siekierek. W zamglonym powietrzu kontury kominów elektrociepłowni z warkoczami dymu i pary, zarysy mostu południowego, za nim pylony mostu siekierkowskiego. Obrazy rozmyte... Przede mną cmentarzysko drzew i wykrotów, rozległa plaża, zamierające kałuże wody, kaczki w plamie złotego runa – pomarszczonego drobną falą warkocza wznieconego przez wschodzące słońce…
Idę wzdłuż głównego nurtu nad mielizną. Do drugiego brzegu ze dwieście metrów. Już dawno Wisła nie była tak skulona po zimie…
Nurt bliżej Ciszycy zmienia brzeg. Podpływa tam, skąd przyszedłem. Zawracam więc i wychodzę nad wąską zatokę, w której samotny łabędź. Zakątek podświetlony złotą godziną nadal surowy. Wierzby i topole dopiero w zalążkach kwiatostanów. Zieleni wciąż brak. Dominują kubistyczne kolory brązów i pozimowej szarości. Wyróżnia się tylko elegancka sylwetka łabędzia.
Idę ścieżką przez wiklinową gęstwę, wspinam się na skarpy i na wał nieopodal lądowiska helikopterów. Stąd już blisko do parkingu…
Motywem przewodnim dzisiejszego spaceru bóbr i zasada nieoznaczoności zjawisk w makroskali. Przez przypadkowe wybory poczułem się tak, jakbym otwierał inną niż zamierzoną ścieżkę możliwości spośród wszystkich dostępnych ścieżek przestrzeni i czasu określonych za pomocą równania Schrödingera i jego reprezentacji, funkcji falowej…