sobota, 22 października 2016

Jesień nad Wisłą w Gassach


Połowa października to ta pora jesieni, podczas której już nie muszę przerywać snu w połowie nocy, by zdążyć na wschód słońca nad Wisłą po siódmej. Jeżdżąc nawet pod Górę Kalwarię, mam jeszcze z pół godziny do wzejścia słonecznej tarczy nad linię drzew przeciwległego brzegu rzeki. Spektakl przedłuża się, jeśli po niebie płyną chmury, przesłaniając od czasu do czasu słoneczną tarczę, albo gdy nad wodą snują się mgły, nasycając krajobraz tajemniczością.



Dzisiaj jednak niebo było bezchmurne. Od wschodu wiało. Chwilami wodę marszczyły silne uderzenia wiatru, a kiedy napierały na mnie, przytrzymywałem czapkę, chociaż naciągnąłem ją na uszy. Było zimno i nieprzyjemnie. 


Wyszedłszy na zjazd ku promowi w Gassach, który pływał bez przerwy, przewożąc samochody z Józefowa na konstancińską stronę Wisły, fotografowałem ławicę ryb pluskającą na całej powierzchni zatoki utworzonej ostrogą podjazdu i zawiniętym brzegiem łęgu obstawionym przez kilku wędkarzy. 


Ryby wyskakiwały nad drobną falę wzniecaną uderzeniami nieobliczalnego wiatru i siały srebrzyste błyski światła odbitego od brzasku i tarczy zachodzącego księżyca w pełni. Zrobiło się magicznie i niecodziennie. Aparat pracował w trybie bracketingu a po chwili, nie wiedzieć czemu, zaczął fotografować pojedynczymi klatkami.



Przepuściwszy kilka wyładunków promu, który natychmiast odpływał do podjazdu w Józefowie, sfotografowawszy stado mew nad szeroko rozlaną rzeką w kierunku południowym, poszedłem ścieżką przez łęg, by zdążyć na nadchodzący wschód słońca.



Buty grzęzły w piaszczystej drodze wyjeżdżonej przez quady. Próbowałem iść suchą trawą, ale była przerośnięta łodygami dzikich jeżyn i sprężystych bylin. Oplątywała nogi, grożąc upadkiem. Zarośla skrywały ślady bobrów. Stare tropy saren i dzików rozmyły się po ostatnim deszczu. Woda w Wiśle jednak nie była wysoka. Kałuże zniknęły, pozostawiając po sobie błotnistą warstwę mułu. Nieco dalej droga zniknęła w mierzwie zarośli i połamanych gałęzi.



Podszedłem na skraj urwiska po wyjściu na polanę. Fotografowałem wschodzące słońce w miejscu, gdzie Wisła po ostatnich wezbraniach rozszerzyła przerwę dzielącą kępę bobrów. Jej północna część została poważnie zdewastowana. W miejscu zarośniętym niegdyś ścianą łozy pojawiła się stroma podmyta skarpa. Zwierząt nie było w odnodze. Wiatr przeganiał znad wody wszelkie życie. Prześwitujące pomiędzy gałęziami drzew słońce nie przynosiło ulgi. Musiałem się zapierać pod uderzeniami szkwałów przemierzających Wisłę w poprzek.

Jesień nad Wisłą


Idąc w kierunku Ciszycy, penetrowałem skraj brzegu. Dawne ścieżki zniknęły. Osuwający się pod wpływem nurtu piach podkopywał darń, która płatami opadała ku wodzie. Nie pomagały korzenie drzew przeplatających grunt pod trawą. Wszędzie widziałem topole i osiki poranione siekaczami bobrów.

Piraci Wisły



Od strony Siekierek nadleciało stado kormoranów. Ptaki zepchnięte przez wiatr przelatywały tuż obok. Były podświetlone przez słońce. Pomyślałem, że jeśli wytropią ryby pluskające w zatoczce przy przeprawie promowej, będzie polowanie. Chyba że przestraszą się promu i przejeżdżających samochodów. 




Zarośla brzegów pokryły się patyną jesiennych kolorów. Słońce rozjaśniało krajobraz zimnym światłem. Szedłem brzegiem aż do powalonej topoli, której wykrot wystawał z wąskiego grzbietu odsypiska między głównym nurtem a obniżonym korytem bocznej odnogi, skrywającej w trawie resztki kałuż. Tym razem nie podszedłem bliżej. Podmyty grunt ustępował pod stopami. Mogłem zlecieć do rzeki albo w błoto po drugiej stronie.

Nadlatują...

bo lubią takie klimaty
Wracając fotografowałem kolejne stado kormoranów zmierzające ku Brzeskim Łachom. Kolejny podmuch wiatru zepchnął je znad wody. Przeleciały nad łęgiem. Nie wiedzieć czemu nie próbowały korzystać z osłony łęgu na prawym brzegu Wisły. Uporządkowawszy szyk odleciały w kierunku przeprawy promowej w Gassach.


Zmarznięty wracałem przez łęg do wału przeciwpowodziowego. Pod drzewami nie czułem uderzeń wiatru. Nie słyszałem jednak ptaków. Ucichły. Skryły się w zaroślach. Zwierząt też nie spotkałem. Pozostał jedynie październikowy, przewiany na skroś mazowiecki krajobraz rzecznej doliny.

Czarna topola

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz