piątek, 3 czerwca 2016

Wyspy Świderskie w apogeum wiosny



Brzask nad Wisłą w Gassach



O tej porze roku nie da się długo spać. Nocy praktycznie nie ma. Zmierzch żeglarski przechodzi w świt żeglarski. Niebo nie gaśnie, bo tarcza słońca wędruje tuż pod linią horyzontu. 

Gdy dojechałem do Gass i zostawiłem samochód na podjeździe do przeprawy promowej, przywitał mnie gęsty ptasi koncert. 
Popłoch
Najpierw fotografowałem brzask nad wodą z betonowego podjazdu do promu. 











Popłoch

Spłoszone krzyżówki wpadły w kadr, przy okazji podrywając czaple, które czuwały na odnodze między odsłoniętą mielizną a zakrzaczonym niemiłosiernie brzegiem łęgu. Ptaki odlatywały bezszelestnie w stronę zaróżowionych chmur zwiastujących wzejście słońca. 


Czerwony świt

Siedzący obok wędkarze pytali, czy nie dziwi mnie kolor nieba. Odparłem że nie. Jeden z nich stwierdził:
- Przychodzę tutaj od dwudziestu lat, ale takiego nieba jeszcze nie oglądałem. Coś wisi w powietrzu.
Pozostawiłem jego obserwację bez komentarza. Mam zdjęcia z bardziej malowniczymi obrazami świtu nad Wisłą.

Wyspa bobrów w Gassach

Zanurzyłem się w łęg, idąc dokuczliwie piaszczystą drogą. Nogi zapadały się po kostki. Za to zarośla śpiewały. Listowie maskowało ruch wszędobylskich ptaków: szpaków, sikor, dzierzb, trznadli, rokitniczek, słowików… Wszędzie było ich pełno.

Słońce wschodzi

Na wzniesieniu brzegu sąsiadującego z bocznym korytem rzeki, odkryłem mnóstwo śladów żerowania dzików. Wokół drogi walała się rozkopana darń. W niektórych miejscach widziałem rozgrzebane w piasku doły. Dziki szukały prawdopodobnie nornic. Gdzie niegdzie przechodziłem przez pogniecioną przez odpoczywające zwierzęta trawę i zarośla odnawiającej się nawłoci. W mokrych koleinach odcisnęły się ślady drobnych i większych racic.

Kwiaty łęgu - tu bywają derkacze

Przyglądając się brzegowi kępy za odnogą, który zarósł mierzwą wikliny i łozy, dostrzegłem drobne fale. Pomyślałem:
- Bóbr.
Uważnie przyglądałem się kaczorowi, który płynął pod osłoną zarośli. W pewnej chwili odbił na środek nurtu.
- Tu cię mam – krzyknąłem w duchu.
Bóbr siedział na placku błota i zastanawiał się nad czymś. Trudno było zgadnąć:
- Chciał jeść czy tylko złapać oddech.
W końcu wszedł w zarośla. Wierzbowe liście zamaskowały czarny kontur zwierzęcia. Odszedłem więc.

Filozof

Po kilkunastu krokach usłyszałem głośne plaśnięcie płetwy ogonowej. Bóbr zanurkował, przepłynął pod wodą prawie na północny koniec kępy. Kiedy go namierzyłem, zdążył z hałasem uciec z kadru. Nim aparat wyostrzył, rozbryzg wody zniknął.

Mewa

Mgła topniała w oczach. Najwięcej jej było w cieniu drugiego brzegu. Słońce przebijało coraz mocniej delikatne chmury i pasy kondensacyjnych smug po samolotach, ogrzewając krajobraz. Odczuwałem nadchodzący upał, chociaż ubrałem tylko letnią kurtkę. 







Wisła

Wrażenie potęgowały meszki siadające na każdym kawałku odsłoniętej skóry. Komary atakowały z góry i z boków, wciskając się pod czapkę, siadając na dłoniach i aparacie. Opędzałem się. Na łące było łatwiej się bronić. 

Wierzba

Wchodząc jednak do łęgu, prowokowałem kolejne zastępy krwiopijców. Nadlatywały z wilgotnej mierzwy chmielu wspinającego się nowymi pędami na gałęzie skolonizowanych drzew; z pokrzyw ścigających się z nawłocią i mozgą trzcinowatą ku słońcu; z jesionolistnych klonów, które wypuszczały nowe pędy i wykształcały nasiona po kwietniowym zakwicie. 




Robi się ciepło

Zieloną mierzwę, przez którą kroczyłem ścieżkami bobrów, dzików i saren, spowijał wilgotny i zielony półmrok nasycony aromatem kwitnących czarnych bzów, głogów, dzikich akacji zawleczonych nie wiadomo skąd, dzikich róż… 








Kwiaty Wisły i upał

W miarę nagrzewania się powietrza ów aromat stawał się coraz bardziej egzotyczny i duszny jak w tropikach. Zaczynałem rozumieć, dlaczego łęg Wisły bywa porównywalny do amazońskiej dżungli. Równie gwałtownie rośnie, gęstnieje, zapełnia całą przestrzeń, dając schronienie wielu pospolitym i rzadkim gatunkom owadów, ptaków, zwierząt, aczkolwiek nie wszystko tutaj ma ochotę zasmakować w człowieku.

Wiślany rozchodnik

Było na co patrzeć. Kogut bażant wylądował w trawie kilka kroków ode mnie. Już nastawiłem obiektyw na drogę, gdzie spodziewałem się go namierzyć. Ptaszysko jednak zaszyło się w tej trawie, zmyślnie przebiegło do krzaków, nie poruszając żadną łodygą, i tyle go widziałem. Po wejściu w zacne komysze próbowałem fotografować ptasich śpiewaków, ale soliści siedzieli w gęstym listowiu, a jeśli przelatywali obok, to w ułamku sekundy.

Dziewanna na długo przed zakwitnięciem

Ścieżki często urywały się na krawędzi podmytego brzegu. Żółty piach stoku zdobiły kęsy wyrwanej darni i grube korzenie drzew rosnących na samym skraju lub zsuniętych do wody. Stare topole, spod których niegdyś fotografowałem jesienny wschód słońca, już dawno odpłynęły z historycznymi falami powodziowymi.

Pić się chce

Dzisiaj Wisła niosła mało wody. Majowe i czerwcowe burze nie łagodzą hydrologicznej suszy w dorzeczu.

Wyplątawszy się z galimatiasu ścieżek łęgu naprzeciwko ujścia Świdra i po przekroczeniu suchego jak pieprz łożyska bocznej odnogi Wisły, przedostałem się na sezonową wyspę bobrów. Z wysokiej skarpy nie sposób już było patrzeć pod górujące nad rzeką słońce. Temperatura bardzo szybko rosła. Mgła rozpłynęła się w niebyt. Szedłem ścieżką zdeptaną przez sarny, dziki, bobry i konie pod wierzch. Wokół jednak było pusto. Wodne ptaki przesiadywały na wyspach i odsłoniętych mieliznach. Mewy i rybitwy przylatywały do mnie, próbując chwytać ryby pływające nad pasemkami jasnego piasku wzdłuż brzegu lub uciekające w panice przed napastliwymi boleniami. Jaskółki brzegówki polowały na owady, wylatując z gniazd pod płatami zwisającej darni…

Polana mrówkolwów

Nieco dalej za kolejnym dzikim fragmentem łęgu dotarłem do zatoczki wypłukanej przez nurt Wisły. Brzeg wygiął się w łuk. Prąd wody nabierał w tym miejscu rozpędu i wyskakiwał za stromym cyplem na środek rozlanej płycizny, między namuliska i niewielkie pagórki kemowe. Wszystkie piaszczyste miejsca wolne od roślin zaanektowały larwy mrówkolwa, wykopując osypujące się pułapki na owady. Wiele z nich było już pustych. Larwy przekształciły się w sieciarki, nawet trochę podobne do ważek lub świtezianek, tyle że mniej żwawe i bardziej niepozorne w porównaniu z konkurentkami. Po przepoczwarzeniu się opuszczają suche miejsca łęgu i polują w gęstwinie traw nad wodą.

W łęgu

Ponaglany upałem wracałem ścieżkami, które, dostępne zimą, zarosły nawłocią, dzikimi jeżynami, trawą, pokrzywami, chmielem, podagrycznikiem, wiązówką, bluszczami, czepliwymi niczym rzepy pnączami, pędami klonów i wikliny… Mierzwa zadusza prześwit ścieżek, krępuje ruchy, plącze nogi. Chwilami mam wrażenie, że chce mnie z rozmysłem przewrócić. Dopiero drogi przetarte przez quady dają oddech i ciut więcej swobody. Narastający upał zmieniał aromaty łęgu w duszne zapachy.  Z ulgą więc wydostałem się spomiędzy zastoin wody wypełniających najgłębsze miejsca wyschniętej odnogi Wisły na wał przeciwpowodziowy.

Schwytana w locie

Prom na przeprawie w Gassach

Podchodząc do przeprawy promowej sfotografowałem jeszcze prom dobijający do brzegu w Gassach. Odjeżdżałem, uchodząc przed upałem i oślepiającym słońcem.

2 komentarze:

  1. dawno już wyspy świderskie chodziły mi po głowie, zachęciłeś do wycieczki :)... ładny wschód, no i spotkanie z bobrem! Fajna relacja

    OdpowiedzUsuń
  2. Warto. Polecam. Ludzie szukają wrażeń z dala od domu, nie zdając sobie sprawy, że one czekają na wyciągnięcie ręki.

    OdpowiedzUsuń