sobota, 19 grudnia 2015

Kormorany nad Wisłą



Kormorany polujące


Kormorany wywołują we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony są wytrawnymi drapieżnikami, skutecznie polującymi na ryby w nurcie Wisły, z drugiej wyglądają niezgrabnie, gdy przesiadują na pniach albo konarach drzew, które ugrzęzły w nurcie rzeki. 






Kormoran twarzą w twarz

Kormoran z profilu

Z jednej strony spotykasz królewskie spojrzenie bystrych oczu, szmaragdowozielonych u dojrzałych ptaków, brązowych u młodzieży, z drugiej widzisz prozaiczne kacze łapy u spodu. Arystokratyczny wygląd  podkreślony smokingiem ciemnego upierzenia nie konweniuje z nieprzyjemnym krakaniem i ze stadnymi zachowaniami, które jako żywo kojarzą się z wyjściem kibiców Legii albo Polonii po przegranym meczu. Szybko latają. Są bystre, inteligentne. Potrafią wspólnie polować na ryby. Byłem świadkiem takich zachowań w rezerwacie Łachy Brzeskie.















Czoło wielkiego stada


Kormorany należą do ptaków wędrownych, ale coraz częściej rezygnują z jesiennych odlotów ku łagodniejszym strefom klimatycznym, skuszone łatwością przeżycia zimy w Warszawie i okolicach. Wędrując tworzą stada liczące po kilkaset osobników. Wzlatując ponad Wisłę, potrafią zacienić krajobraz. To robi wrażenie.







Debata


Słabą stroną kormoranów są pióra, które podczas nurkowania nasiąkają wodą. Po polowaniu zasiadają na konarach i rozpościerają skrzydła ku słońcu, by je wysuszyć. Jeśli robią to stadnie, wówczas przywodzą na myśl skojarzenia z plażą pełną ludzi, albo z posiedzeniami polskiego parlamentu – bywa, że kormorany ustawione w jednym rzędzie zdają się debatować.


Zamieszanie


Niektóre bieliki upodobały sobie polowania na takie przemoknięte kormorany, ponieważ ich nasiąknięte wodą skrzydła i pióra bardzo utrudniają poderwanie się do lotu i ucieczkę. Zdesperowane ptaki ratują się wtedy nurkowaniem, ale po kilkunastu zanurzeniach tracą siły i stają się łatwym łupem.







Narada

Obraz z porcelany

Ich obecność w krajobrazie Wisły jest zapowiedzią nieoczekiwanych wrażeń, często refleksyjnych, czasem ulotnych, uchwytnych w ułamku sekundy, wymagających od obserwatora nieustającej czujności. 









Obrazek z chińskiej porcelany



Minimalnie spóźnione naciśnięcie migawki odbiera zdjęciu ów subtelny nastrój chwili, którego nie da się już nadrobić. Jeśli jednak trafisz, wrażenie bywa interesujące jak podczas pewnego wrześniowego spaceru zamgloną plażą Wysp Świderskich w świetle wschodzącego słońca, w krajobrazie gasnącym pod naporem nadbiegających z północy zimowych chmur.











Młodzieży chowanie


niedziela, 13 grudnia 2015

Wisła w rezerwacie Wyspy Zawadowskie



Wisła w Kępie Zawadowskiej


W grudniu Wisła płynąca przez Wyspy Zawadowskie emanuje nostalgią. 










Wschód słońca nad Wisłą zawadowską

Nie odpędzi jej zimne słońce z trudem unoszące się znad łęgu przeciwległego brzegu. Zamglone powietrze zmiękcza krajobraz, roztapia szczegóły odległych zakątków. 








Mrozem malowane

Szron pokrywa zaschnięte zarośla nawłoci i wrotyczu, kępy mozgi trzcinowatej, pękające pod stopami wodolubne zielsko, które zarosło odsłonięte przez suszę plaże płycizn. 








W rezerwacie Wyspy Zawadowskie
Samotny strażnik pustki

Zmrożony piasek trzeszczy pod stopami, ostrzegając orły, kormorany i czaple czuwające na wykrotach, pniach i konarach wystających z dna rzeki, które tutaj zamieniło się w cmentarzysko drzew przywleczonych podczas wezbrań. 








Ptasia karawana
Wisła wciąż płynie...

Depcząc ślady wodnego ptactwa i bobrów zastygłe w przemrożonym mule czy malownicze porosty szronu na piasku, zapadasz w nastrój wielkiego zadziwienia, że Wisła płynie… wciąż płynie… nadal płynie… i będzie płynąć…, że wzdłuż niej przelatują klucze kormoranów i łabędzi, których oświetlone wstającym słońcem skrzydła wypełniają rzeczny krajobraz dźwięcznym rytmicznym świstem… a Wisła sama ze wzajemnością dziwi się tobie, że stoisz w bezruchu i zadumie u jej stóp – wody omywającej piasek brzegu…

... i płynie...

W przeciwieństwie do innych pór zima inaczej tworzy krajobraz Wisły. To już nie malarskie pejzaże pełne kolorów. Raczej epickie czarno-białe grafiki z akcentem przygaszonej czerwieni, pomarańczy i rozmytego błękitu. Patrząc nań, zapadasz w oczekiwaniu na to coś… co trudno ująć słowami… Z dala od komercyjnego szaleństwa odczuwasz tutaj nasycony bożonarodzeniowy nastrój…



Wisła świąteczna

Serdeczne życzenia pogodnych i pełnych refleksji Świąt Bożego Narodzenia czytelnikom postu.

czwartek, 10 grudnia 2015

Bobry Wisły warszawskiej

BOBRY WISŁY WARSZAWSKIEJ


Bóbr wchodzi wprost pod nogi zaskoczonego fotografa


Bobry ciekawią mnie od dawna. Jeszcze w ubiegłym stuleciu ich polska populacja była na granicy wymarcia. Spotkanie z nimi należało do rzadkości. Pływając kajakiem rzekami i jeziorami Warmii, Mazur, Suwalszczyzny czy Kujaw i Pomorza, widywałem od czasu do czasu tamy, kopce żeremi, albo obszerne nory w brzegach, których używane wyjścia zawsze były pod wodą. Jednakże  nigdy nie udawało mi się zobaczyć samych bobrów. Dopiero spacery nad Wisłą, której piękno odkryłem na powrót przypadkiem, a nie dlatego, że kierował mną jakikolwiek zamiar podczas przejażdżki rowerem wzdłuż Jeziorki z Konstancina, dały tę niepowtarzalną – na początku tak sądziłem – okazję fotografowania bobrów.

To pierwszy spacer nad brzegiem Wisły - gdy dojechałem do ujścia Jeziorki i wszedłem na ścieżkę, która odkryła przede mną bogactwo lasu łęgowego, jego form, kształtów, zieleni, zarośli, pełnego niebotycznych topól i surrealistycznych wierzb, a potem otworzyła widok na rozległą Wisłę - uświadomił mi, jak wiele traciłem, omijając do tego czasu zakątki rzecznego koryta.

Wiślane bobry, przez swoją liczebność i ekspansywność, okazały się pospolite i nie tak płochliwe, jak jeszcze kilkadziesiąt lat wcześniej, kiedy były tępione z powodu nieistotnych szkód rolnych powodowanych zalaniami przez spiętrzone tamami strumienie.

Bóbr konstanciński

Pierwszą fotografię wiślanego bobra zrobiłem przypadkiem, przejeżdżając mostkiem nad Jeziorką pod tężnie uzdrowiskowe. Płynął sobie pod prąd Jeziorki ku wykrotom drzew w zakolach i rozlewiskach. Pierwszy cyfrowy Kodak, jakim się posługiwałem, długo się uruchamiał, więc bóbr zdążył odpłynąć pod gałęzie obsypane drobnymi listkami.






Bóbr załężański

Kolejne spotkanie z bobrem przytrafiło mi się podczas marcowego spaceru brzegiem Wisły w okolicach Załęża, w rezerwacie Łachy Brzeskie. Obserwując gody rzecznego ptactwa na obszernej łasze jasnego piasku, zauważyłem falę odbiegającą spod brzegu ku środkowi rzeki. Najpierw pomyślałem:
- Gałąź utknęła na mieliźnie.
Fala jednak przemieszczała się powoli w górę rzeki. Wyjrzałem znad krawędzi brzegu i zobaczyłem dorodnego bobra, który płynął pracowicie ku odległym wykrotom podmytych topól. Nie zastanawiając się, podbiegłem kilkadziesiąt metrów dalej i zasadziłem się na niego za osłoną osypującej się darni. Słońce akurat pięknie wzeszło znad drzew przeciwległego brzegu, zalewając rzekę światłem zmiękczonym przez delikatne mgiełki tańczące nad wodą. Bóbr wpłynął w kadr, migawka trzasnęła. Bóbr zanurkował, ale woda okazała się zbyt płytka, więc po chwili wynurzył się i kontynuował swój mozolny spacer. Nie ścigałem go. Z kilkunastu zdjęć tylko dwa okazały się udane: jego portret w świetle wschodzącego słońca i jego ujęcie z tyłu, gdy odpływał pod obsuwający się fragment brzegu.


Osesek

Po tym niecodziennym zdarzeniu długo czekałem na kolejne spotkanie, podczas którego sfotografowałem bobrzego oseska w odnodze przegrodzonej tamą z przywleczonych przez dorosłe bobry gałęzie i rzecznego mułu. Odpływał ku norze w świetle dojrzałego dnia. Zdążyłem go złapać w kadr tylko raz.







Bóbr świderski

Najbardziej nieoczekiwane i przypadkowe zdjęcia wyszły mi wówczas, gdy próbując uwiecznić krajobraz Wisły za swoją ulubioną zatoką śmiałego bolenia, między Gassami a Załężem, dostrzegłem kątem oka smukły rybi kształt sunący nad złocistym piaskiem rzecznego dna, tuż pod skarpą, w której jaskółki brzegówki urządziły kolonię lęgową. W pierwszej chwili pomyślałem, że to sum albo boleń. W kadrze ujrzałem jednak łeb bobra. Aparat zagrzał mi się w ręku. Zanim bóbr dostrzegł moją obecność, zdążyłem zrobić kilka szybkich zdjęć, nie dbając o aranżację. Bóbr zanurkował i straciłem go z oczu. Tym razem miał gdzie się ukryć.

Siedlisko bobrów

Nieopodal Gass jest interesująca kępa zarośnięta wikliną. Nurt Wisły rozciął ją w poprzek, otwierając niewielką plażę. Kępę od nadrzecznej skarpy oddziela odnoga wartko płynącej wody. To miejsce stało się rodzinnym kąpieliskiem bobrów. 







Bóbr z Gass

Zarośla nawłoci i wrotyczu ułatwiają obserwację bobrowych figlów. Bywa, że spotykam tutaj kilkanaście osobników jednocześnie pływających w odnodze lub za kępami na otwartej przestrzeni Wisły, spacerujących brzegiem, czyszczących futra i maszczących je bobrowym strojem na piasku, spławiających gałęzie wikliny ku norom.






Brzeg wyspy bobrów
Kolejnym rodzinnym miejscem bobrów jest sezonowa (z powodu płytkiej odnogi nurtu, która wysycha na pieprz przy niskim stanie Wisły) wyspa, leżąca naprzeciwko ujścia Świdra i jednej z najpiękniejszych wysp rezerwatu Wyspy Świderskie. O świcie bobry uciekają ze ścieżki, która wiedzie nad wodę. Najpierw dostrzegasz bure truchtające kształty, a potem słyszysz szelest rozgarnianych łodyg trawy, nawłoci, wrotyczu. Wyspa ma w sobie tyle kryjówek, że spotkanie cichnie równie nagle jak się zaczyna. O tym że na tej wyspie są bobry, zaświadczają poranione i powalone topole, wierzby, osiki, klony, pocięte łodygi młodych drzew i wiklin, ześlizgi ku wodzie, ślady łap z błonami między palcami odciśnięte w piasku, wykopane pod darnią nory. Jeśli są zamieszkane, piasek u ich wejścia jest zwykle świeży albo wydeptany. Jeśli nie, z czasem po norach pozostają obsuwające się korytarze. Trzeba patrzeć pod nogi, idąc brzegiem Wisły, aby nie wpaść w taką porzuconą norę albo korytarz pod darnią.  Najbezpieczniej korzystać z przetartych ścieżek i unikać gąszczu.


Bóbr z Ciszycy

Ostatnie spotkanie z bobrem przytrafiło mi się późną wiosną nieopodal Ciszycy, w miejscu, gdzie nurt Wisły, opłynąwszy mieliznę, minąwszy ciekawą zatokę wzdłuż wału, napiera na ostrogę i wzniesienie brzegu. Bóbr płynął z nurtem wprost na obiektyw. Silne światło majowego słońca sprzyjało, jednakże w ciszy poranka trzask migawki skrócił sesję fotograficzną do kilku chwil. 






Do zobaczenia

Bóbr zanurkował. Na nic czekanie. Miał gdzie się ukryć.












Bóbr zurbanizowany

Przestało być też sztuką sfotografowanie bobrów w centrum miasta. Coraz ich więcej pod mostami i wzdłuż brzegów Powiśla czy Pragi. Miejskie bobry mało co robią sobie z obecności spacerowiczów. Wisła, mimo presji urbanistycznej, nadal więc czaruje, a my – jej wielbiciele – bywamy wciąż zaskakiwani.