czwartek, 10 grudnia 2015

Dlaczego Wisła o świcie



DLACZEGO WISŁA O ŚWICIE?

Na dobre moja amatorska przygoda z aparatem fotograficznym zaczęła się  nad Wisłą. Miałem wówczas jeden z pierwszych cyfrowych oprogramowanych Kodaków, który nie wymagał ode mnie znajomości technik mozolnego wywoływania zdjęć. Mogłem całą uwagę poświęcić kadrowaniu i chwytaniu ulotnych nastrojów. Aparat fotograficzny przywrócił dawno zapomnianą motywację do wędrówek przez zakątki natury. Pomógł na powrót poznać smak przeżywanych chwil – tu i teraz; bez rozpamiętywania przeszłości; bez martwienia się o przyszłość. Ten post jest wspomnieniem pierwszych prób z Kodakiem, którym towarzyszyło poczucie odkrywania nieznanej mi do tej pory Wisły: fascynującej, dzikiej, nieokiełznanej, zmiennej, przykuwającej uwagę, pełnej niezwykłego życia, pięknej o każdej porze roku.

Listopadowa Wisła o świcie

Wisła to niezwykła rzeka. Bodaj ostatnia z wielkich rzek Europy, której brzegów nie zalano betonem. Wstaję jeszcze o żeglarskim świcie, żeby spotkać się z nią między Warszawą a Górą Kalwarią. Na pozór nic w niej ciekawego. Ot woda, drzewa łęgowego lasu, jakieś puste wyspy. Wszędzie widać wille pomiędzy starymi gospodarstwami, jątrzące śmieci na poboczach polnych dróg, pola, zaniedbane łąki, chaotyczne krzaki. Na horyzoncie przytłacza wielkomiejska zabudowa. O świcie jednak wszystko jest możliwe, jak nie przymierzając w świecie Alicji z Krainy Czarów.

Jedna z wilanowskich dróg nad Wisłę

Jadę pustą, wyludnioną ulicą Rosoła w świetle latarni. Za kilka godzin wypełni się samochodami pełznącymi w korkach. Zjeżdżam z natolińskiej skarpy krętą wstęgą asfaltu do Lasu Kabackiego. Płoszę bażanty i lisy. Śpieszę przez skrzyżowanie na Przyczółkowskiej i przez ulice Powsina ku polom i stawom starorzecza. Dojeżdżam do ujścia Jeziorki. Dopiero przy moście wjeżdżam rowerem na koronę wału przeciwpowodziowego, sięgam po aparat i zanurzam się w nastrój świtu.










Lewitujący komin

Słońce wstaje z przeciwnego brzegu Wisły, odsłaniając powoli krajobraz, który wyłania się z ciemności rzecznej doliny. Woda odbija refleksy, a czasem i smugę słońca. Bardziej, gdy wieje, mniej, gdy nurt budzi na powierzchni zaledwie delikatne zmarszczki.
Czapla i marcowa Wisła








Ptaki migrują wzdłuż rzeki. Zaspane czaple za lada skrzypieniem hamującego roweru rozpościerają skrzydła i odlatują bezszelestnie ku plażom rzecznego łożyska, gdzie wciąż za ciemno na zdjęcia. Czasem przez nasycony błękit przepłynie oświetlona od spodu para łabędzi i, grając rytmicznie skrzydłami, przetnie smugi jaskrawych spalin po samolotach albo zbliży się do podziobanego kraterami Księżyca.



Wyspy Świderskie

W tej ciszy trzask migawki aparatu brzmi mistycznie, a skok rapy ponad wodę u podnóża wyspy pobudza zmysły. Jeszcze nie zatrzymałem tej nieobliczalnej ryby w kadrze. Wciąż chwytam tylko wydłużające się kręgi fal.










Wisła zamglona

Słońce przegląda się w lustrze nieba i wody, to znów wyłania się z mgły, rozświetlając krajobraz blaskiem nie do zniesienia i przeszywając cienie między gałęziami drzew włóczniami promieni. Czasem wstaje otulone baranicą chmur, to znów przebija czarny całun i rozsyła welony światła na wszystkie strony rzeki. Igra barwami i nastrojem, wabi ptaki, zwodzi zwierzęta.







Wisła zimowa

Raz jest zaskakująco wielkie, innym razem dalekie.






Wisła codzienna






Wisła porzuca stalową szatę, wdziewa barwy podmytych brzegów, piasku plaż, ozdabia iskrami zmarszczek i odbiciami drzew, gdy Słońce wstępuje na niebo. W końcu staje się codzienna w blasku dojrzałego poranka.










Ogłowione wierzby

Zdjęcia zatrzymują nasycone kwanty wrażeń: ostrzyżone wierzby w plamie światła; pole słoneczników pod warstwą mgły i pod drzewami, których korony ożyły w łunie; prozaiczną szarą łódkę przy stromym brzegu pod czerwcowym gąszczem bluszczów, klonów, jarzębin i starych topól, zasłoniętą łachą białego piasku. 







Mewa i wiślana łódka

W pierwszej chwili łódka zdaje się pospolitym landszaftem, ale obiektyw rejestruje przelatującą mewę. I to ona przypadkiem staje się centralnym punktem zdjęcia. Wyobraźnia dopisuje resztę: krzyk ptactwa, plusk i zapach płynącej wody, hałas wędkarza spychającego łódź na nurt ku najbliższej kępie. Powtórzyłem to ujęcie rok później. Nie było już tak wymowne. Łachę spłukała powódź. Łódką bujały wiry zawinięte przez ostrogę.





Wiślany wał

Szczególnym elementem krajobrazu jest wał przeciwpowodziowy ginący w perspektywie pomiędzy drzewami lub w łukach zakrętów, raz zrudziały po zimie, raz siwy od szronu, raz wykoszony, to znów zarośnięty puszystą trawą mieniącą się kroplami rosy i naręczami różnobarwnych kwiatów. Wyznacza granicę dwóch stref: rzeki z łęgiem i przyległych pól, łąk, zagajników. 






Nakarm mnie
To na nim uwieczniłem biegnącego koziołka, zająca w skoku ponad dróżką, zwaśnione koguty bażanty, stadko płochliwych kuropatw, kruki, kłócące się gawrony, furkoczące trznadle, królującą w słońcu macierzankę, a także dziki i lisy z hałasem przedzierające się przez zbitą mierzwę sierpniowego zielska, albo idące przez plażę za strumieniem w stronę wierzbowych zarośli na wyspie, fotogeniczne, lecz płochliwe.






Czarny bocian śpiący na mieliźnie
Koziołek łęgowy

Nasyp wału jest osią doznań. Po obu jego stronach toczy się zaskakująco odmienne życie natury. Widziałem już szybującego orła bielika, śpiącego na łasze czarnego bociana, przelatujące w pośpiechu kormorany, krzyczące spod chmur gęsi w kluczach długich od horyzontu po horyzont, jastrzębie patrolujące pobliskie łąki, i... sarny. 








Nie przypuszczałem, że ich tak wiele. Kryją się wśród sadów, między topolowymi i osikowymi gajami, w zaroślach śródpolnych trzcin, koczują nad Wisłą. Kiedy schodzą z wału ku wodopojom, pozują mi na tle nieba. Jesienią fotografowałem stadko spłoszone ujadaniem odległych psów. Naliczyłem siedem koziołków i kóz, które razem zbiegły z nasypu i przepadły w gąszczu pofałdowanej łąki. Na przedwiośniu fotografowałem jeszcze liczniejszą rodzinę saren na tle pobliskich domów.


Radość młodości

Za Konstancinem odkryłem polanę zasłoniętą od wsi przez nieprzebyty gąszcz zarośli i wykroty, od rzeki zakrzaczonym przepastnym rowem z wodą i ścianą topól. Przypadkiem spojrzałem za siebie, wracając z kolejnej czerwcowej wycieczki. W bujnej trawie zobaczyłem matkę z dwójką rozbrykanych koźląt. Koźlęta skakały przez cienie na łące, wygrzewały się w plamach słońca, przeskakiwały nad matką. 





Pod opieką matki

Było błogo, rodzinnie i bezpiecznie. Pospiesznie naciskałem migawkę aparatu. W końcu sarna odwiodła młode w zasłonięty przed wzrokiem kąt.












Kilka miesięcy później, w listopadzie, zobaczyłem tę trójkę nieopodal bezlistnego sadu. Nie spłoszyły się, chociaż szedłem odsłoniętą koroną wału. Ukryłem się za gęstą pozbawioną liści kaliną. Dorodne sarny, już nie koźlęta, wciąż nie odstępowały matki. Mogą jej towarzyszyć nawet przez rok. Odchodzą dopiero wtedy, gdy zbliża się czas kolejnego kocenia się. Cała trójka bacznie przyglądała się kalinie i mojemu konturowi za nią. W końcu niespiesznie odeszła między rzędy jabłoni, pod rosochate topole i lipy, w przenikającą wszystko nostalgiczną ciszę.

Wierzba mazowiecka

Odjeżdżałem urzeczony. Listopad kojarzący się z pluchą był tego dnia swoim przeciwieństwem. Jak podczas poprzedniego poranka, w którym uwieczniłem śpiącą odnogę Wisły, wypełnioną przejrzystą wodą w miejscu, przez które jeszcze niedawno przechodziłem suchą stopą. Spowity cieniem nurt, kręty i płynący po jasnym piasku wąskimi zakolami o zielonych i porudziałych konturach z trawy ku bezlistnym brzozom i nagim topolom, oblanym światłem zamglonego słońca, emanował ciepłem.




Nie trzeba mnie przedstawiać
Wisłą władają bobry. Pełno na jej brzegach i wyspach podgryzionych lub powalonych topól, osik, wierzb, a także stosów pociętych siekaczami gałęzi, zalegających boczne odnogi nurtu od ujścia Jeziorki po mosty Warszawy i Góry Kalwarii. Bobry dobierają się tutaj do drzew, których rękami nie obejmiesz. Nigdy jednak nie natknąłem się na żeremia, chociaż błądzę po oczeretach rzecznych kęp i, depcząc skrzypiące, sypkie dno rzeki, wlokę rower pomiędzy chaszczami nawłoci, wrotyczu, jeżyn, a potem płuczę go w nurcie, bo zapiaszczony łańcuch nie pozwala jechać. Za to wszędzie są ich obszerne nory z wyjściami zapasowymi w nadrzecznych skarpach.
Rzadko dają się sfotografować. Trzeba trafu, żeby je namierzyć płynące pod prąd rzeki przy samym brzegu. Wtedy nie mają dokąd uciec. Portret sumiastego bobra z odległości kilku metrów, z siekaczami pyska zanurzonego pod wodą, szeroko otwartymi oczami, pięknie ułożonym futrem, jest powodem do dumy. Bobry póki co niechętnie wchodzą w obiektyw, ale kiedy pozują, naprawdę się dzieje.

Burza piaskowa

Nad Wisłą przeżyłem namiastkę pustynnej burzy. Wiało od strony widocznych z daleka kominów elektrociepłowni Siekierki i pylonów Mostu Siekierkowskiego z pomarańczowymi linami. Wyszedłem na środek rzecznego koryta wprost pod uderzenia wiatru wzniecającego tumany kurzu z wysuszonego dna. Tysiące igieł wbijało mi się w twarz i w zimny obraz październikowej jesieni. Piasek zgrzytał w zębach. Plamy słońca i cienia sunęły w pośpiechu między brzegami Wisły, naprzemian rozświetlając i gasząc barwy listowia chwiejących się wierzb, brzóz, olch, dębów i topól. Ptaki wisiały w powietrzu, walcząc z napierającymi podmuchami...

Łęg we mgle

Wiosną Wisła ożywa. Zwykle nadchodzi powódź. Woda wypełnia całą przestrzeń między nasypami wałów. Drzewa pławią się w niej zanurzone po gałęzie koron. Nurt zalewa wszystkie miejsca, po których jeżdżę i spaceruję. 









Wiosenny przybór

Widok samotnej postaci zwróconej ku rzece i uwiecznionej na tle wezbranej wody zastanawia. Zalana wyspa przecięta smugą odbitego słońca ciekawi.










Po ustąpieniu powodzi z mielizn znikają stare pnie, a na ich miejscu pojawiają się drzewa przywleczone nie wiadomo skąd. Wokół nich gromadzą się mewy, kaczki, cyranki, dzikie gołębie… Opadająca woda odsłania zmienioną rzeźbę rzecznego dna. Na piasku pojawiają się ślady zajęcy, lisów, saren, ptactwa, drobnych gryzoni. W zamkniętych kałużach trzepoczą uwięzione ryby. Krzaki i drzewa pokrywają się puchem pąków i kwiatów. We flaucie świtu lustro wody odbija ulotne nastroje. One też dają się uwiecznić. Oglądając zdjęcia, słucham ciszy, która w nich zastygła...

Nadwiślański dąb

Czar pryska, gdy słońce sięgnie zenitu, brzegi zapełnią się ludźmi, pola traktorami, a przestrzeń wypełni warkot quadów i motorów krosowych, dla których granice rezerwatów przyrody nadal nie są przeszkodą.

4 komentarze:

  1. magia poranka :) swoim tekstem zachęciłeś do spaceru... chyba najwyższa pora wyciągnąć aparat z szuflady. Fajne zdjęcia...szczególnie majaczący komin siekierek, koźlęta i zamglona świtem wierzba mazowiecka

    OdpowiedzUsuń
  2. Kalino. Jeśli nie teraz, to kiedy? Naprawdę warto. Najlepiej o świcie, kiedy nie ma ludzi. W Gassach jest prom. Działa od 6:00. Można nim, jeśli zachodni brzeg znudzi. Mnie jeszcze nie znudził. Wpadam tam przy każdej okazji.

    OdpowiedzUsuń
  3. już uruchomili prom? to akurat do pracy się przedostanę ;) do tej pory z aparatem nad Wisłą biegałam po północnej stronie

    OdpowiedzUsuń